czwartek, 6 kwietnia 2017

5 miesięcy za nami...

  Planowałam początkowo napisać krótkie podsumowanie gdy Blu skończy pół roku, ale potem uznałam, że czemu by nie teraz :)

30 marca Blu skończył 5 miesięcy, a od dwóch i pół jest ze mną. Waży 17,5kg oraz ma około (mierzone w domu miarką) 51cm w kłębie. Obecnie jesteśmy w trakcie wymiany ostatnich zębów czyli kłów i ciężko walczymy by mleczne zdecydowały się w końcu wyjść - z jednym się udało) Mimo, że z moim Dziamdziamem czasem się ze sobą nie dogadujemy w 100%, a od czasu jego przybycia moje życie zostało wywrócone do góry nogami to nawet przez sekundę nie żałowałam, że synuś jest ze mną. Blu nie zawsze jest dokładnie taki jak sobie wyobrażałam, ale ja idealna też nie jestem. Natomiast obydwoje staramy się ze wszystkich sił by żyło nam się ze sobą jak najlepiej. A ja jestem szczęśliwa, że go mam.

nawet uszy podobne :P
Od pierwszego dnia w moim domu psiak pokazuje jaki jest bystry i rozumny. Czasem mam wrażenie, że mówię do drugiego człowieka. Za to innym razem wychodzi z niego jego natura upartego teriera i wtedy mam w domu osła zamiast psa :P
Na szczęście mam erdela, dzięki czemu mój pies całkiem w osła się nie zamienił i nauczyliśmy się komend takich jak "siad", "leżeć", "łapa", "kółeczko", "miejsce", "do mnie" oraz "lewa"(tego używamy podczas spacerów, jest to taka luźniejsza wersja komendy równaj). Pracujemy też nadal nad "stój" i "zostań"
Co do problemów to w sumie od początku mieliśmy 2 nad którymi dalej pracujemy, ale ostatnio widać już duże efekty. Problemami są nadal sikanie w domu (choć na tą chwilę jest już naprawdę dobrze) oraz jego miłość do innych psów. To pewnie w pewnym sensie jest moją winą. Gdy Blu do mnie trafił tak bardzo zależało mi by miał dobre kontakty z psami, że byt rzadko uczyłam go je ignorować. A teraz jest to troszkę trudniejsze, ale myślę, że wkrótce się z tym uporamy.
Odwiedziny w hodowli "Z Korczówki"
c.d.






























Co do charakteru to Blu nadal jest wielkim przytulakiem. Kocha wylegiwanie się na kanapie, jednak pod warunkiem, że wcześniej będzie miał gdzie zużyć nadmiar energii.


Także podsumowując: Blu był najlepszym co mogło mi się w ostatnim czasie przytrafić. Choć nie raz klnę i wyzywam to nie zamieniłabym go na żadnego innego psa. Mam  nadzieję, że całe życie będzie nam upływać jak te ostatnie 3 miesiące.





poniedziałek, 27 lutego 2017

Wiosna idzie!

Hej. U nas się ostatnio niewiele dzieje. Życie płynie spokojnie. Jedynie co walczymy cały czas z niechęcią Blusia do załatwiania swoich potrzeb na zewnątrz, ale wydaje mi się, że robimy postępy.
A żeby tutaj tak nudno nie było to wrzucę kilka aktualnych fotek :)





niedziela, 19 lutego 2017

Żywot szczeniaka

Tym razem trochę o wszystkim i o niczym.
Zacznę od tego, że to już ponad miesiąc jak moje życie stanęło na głowie. Dużo mniej śpię i dużo więcej sprzątam, ale maślane oczka są w stanie wynagrodzić mi wszystko.


Blu serio urozmaicił moje życie. Żaden dzień już nie jest taki sam. No i dzięki niemu zdecydowanie więcej się ruszam! Wszystkie okoliczne tereny są nasze! Blu kocha jak na razie wszystkich ludzi i zwierzęta i mam nadzieję, że tak mu już zostanie. Kiedy ostatnio byliśmy na kilka dni w Polsce mieliśmy okazję załapać sie także na kilka wspólnych spacerów z innymi psiarzami oraz na zorganizowane hasanie :)



Kiedy nie spacerujemy to spędzamy aktynie czas w domu, gdyż Blusiowi rzadko brakuje energii
Blu aportuje zabawki lub uczy się komend. Jedną z jego ulubionych jest "miejsce"


Niestety mam tez i nie najlepsze wieści. Podczas naszej wizyty w Polsce zrobiliśmy badania Lucjanowi i wyszło, że mam jakiś problem z nerkami. Dlatego też został chwilowo z moją mamą w Polsce by być pod opieką naszego sprawdzonego weta. Na szczęście po kolejnych szczegółowych badaniach okazało się, że to jakaś infekcja bakteryjna  i antybiotyk szybko powinien załatwić sprawę.

Tak jak widać ostatnio nie mam czasu na nudę, ale także niewiele zostaje mi na prowadzenie bloga, więc nie mogę obiecać regularnych wpisów. Jednak zdecydowanie nie zamierzam zrezygnować z pisania całkowicie :) 

niedziela, 29 stycznia 2017

Pierwsze wspólne dni...

   Tym razem chciałabym opowiedzieć jak wyglądały pierwsze wspólne dni naszej bandy.
   Ponieważ psiaka kupowałam w Polsce nie chciałam od razu po odbiorze wyjeżdżać do siebie do Niemiec. Chciałam choć chwilę jeszcze spędzić z rodziną. dodatkowo drugiego dnia dostałam gorączki, więc chcąc nie chcąc musiałam o kilka dni wyjazd odłożyć. Tak też nasze pierwsze dni spędziliśmy w gościach.
   Ale wracając do pierwszych chwil malucha w obcym miejscu...
Kiedy dojechaliśmy z psiakiem do domu był już mocno zmęczony podróżą. Dodatkowo głodny, gdyż nie dostał obiadku by nie było mu ciężko podczas drogi. Także chwilę po wejściu do domu psiak dostał michę. Był lekko zdenerwowany nowym miejscem i zapachami, ale z apetytem wsunął całą porcję. Blu jest dość pewnym siebie psiakiem, więc szybko dobrze się u nas poczuł i z pełnym już brzuszkiem zaczął zwiedzać mieszkanie.
Obwąchiwał wszystko dokładnie, w czym mu nie przeszkadzaliśmy. Musiał poznać dokładnie miejsce,w którym się znajdował. Po dokładnym zapoznaniu się już z salonem, kuchnią i przedpokojem dotarł do sypialni... A tam ukrywał się pewien dziwnie jęczący i syczący jegomość. Lucjan nie był zachwycony tym co pojawiło się w domu. Niestety szczeniak przy pierwszej próbie zapoznania się z czarnym kolegą dostał po nosie. Na szczęście nie zraziło go to do kolejnych prób.
Gdy całe mieszkanie zostało już sprawdzone czas było je ochrzcić. Oczywiście pomimo 20 mat chłonnych rozłożonych w całym domu siusiu musiało trafił w miejsce gdzie maty akurat nie było. No co? Mieszkanie musiało zostać oznaczone :)
Teren zwiedzony i oznaczony? To teraz przyszedł czas na szaleństwo. Blusiek od pierwszego spojrzenia pokochał pluszową piszczącą kość (na szczęście już nie piszczy) Bardzo chętnie ją sobie mamlał i przynosił by się z nią bawić.
Jeżeli chodzi o głaskanie i przytulanie to początkowo nie bardzo wiedział o co chodzi. Każda próba dotknięcia go była kojarzona z zabawą czyli podgryzaniem. Jednak już po 2 dniach odkrył przyjemność dotyku ludzkich rąk i teraz sam pcha się na kolanka. Nad podgryzaniem rąk pracowaliśmy trochę dłużej, ale też szybko zrozumiał,że tak nie wolno. Za każdym razem kiedy łapał mnie za rękę przestawał nią ruszać, mówiłam głośne "Ała", a jak nie puszczał to starałam się zapiszczeć. A kiedy tylko puścił szybko łapałam pierwszą lepszą zabawkę i wkładałam mu do pyszczka by zrozumiał co służy do gryzienia.

Zasnął wczesnym wieczorem, wyczerpany nowymi przeżyciami.

Psiak też nie znał obroży. Podczas naszej drogi do domu, raz zatrzymaliśmy się by dać psiakowi moment odpoczynku. By nie kusić losu miał założoną obróżkę i smycz (które strasznie go denerwowały). Gdy wysiadł z auta nie rozumiał co go hamuje i wpadł w lekką panikę. Dlatego też następnego dnia w domu (nie pierwszego, gdyż to mogłoby być zbyt wiele dla malucha) założyliśmy mu obróżkę i smycz i zachęcaliśmy go do zabawy podczas gdy był urany. Później gdy już obroża aż tak go nie denerwowała spróbowaliśmy spaceru. Psiak był szczęśliwy będąc na dworze, ale dalej nie bardzo rozumiał co go ciągnie za szyjkę kiedy ten próbuje gdzieś odbiec. Pierwszy spacer nie był idealny, ale za z każdym kolejnym psiak pojmował, że trzeba się trzymać bliżej mnie, inie może kiedy poczuje delikatne pociągnięcie to trzeba się wrócić. Po około 3 dniach i 5-6 spacerkach Blu bez problemu ogarnia o co chodzi ze smyczą i jak należy spacerować. Wiadomo, że nie chodzi idealnie przy nodze i nie raz pociągnie na widok czegoś co mu się spodoba (czyt. fajny krzaczek, inny człowiek czy pies).
Szczęśliwy śnieżny pies


























Niestety z jedną rzeczą nie poszło nam tak łatwo i dalej z tym problemem walczymy. A dokładnie chodzi o niechęć załatwiania się na dworze (jest ze mną 2 tyg i ani razu się to nie udało), oraz załatwianie się na maty.
Blu jest typem, który nie ma stałych miejsc do siusiania. Najczęściej robi to po prostu w miejscu, w którym mu się zachce (poza spacerami). I chociaż maty są prawie w całym domu, psiak jest chwalony za każda załatwienie potrzeb właśnie na macie, a jak nie trafi to szybko na nią przenoszony jakoś nie potrafi pojąć czego od niego wymagamy. 
Początkowo mat było mniej i wyłapywałam momenty kiedy chciał się załatwić i szybko go na maty przenosiłam. Nie dawało to jednak żadnych rezultatów. Teraz matami mam wyłożone prawie całe mieszkanie i nagradzam go smakołykami i pochwałami kiedy tylko się załatwi, czyli prawie zawsze bo teraz naprawdę ciężko byłoby na matę mu nie trafić. Może z czasem wyrobi sobie ulubione miejsca i będzie można sprzątnąć część mat....? Tak czy inaczej nad czystością cały czas pracujemy i jak tylko Blu załapie o co w tych chodzi ogłosimy tę szczęśliwą nowinę całemu światu :D

A na koniec jeszcze kilka zdjęć mojego pieszczoszka



poniedziałek, 23 stycznia 2017

Odbiór malucha

Szczeniak już ze mną od tygodnia!
   W poprzednią niedzielę odebrałam skarba. Z miejsca zamieszkania moich rodziców do hodowli było trochę ponad 200km. Większą część drogi przejechaliśmy autostradą, nie zmieniło to jednak faktu, iż bez przygód się nie obyło.
W podróż wybrała się ze mną mama, gdyż to zawsze raźniej, a do ego miał kto niuńka po drodze pilnować.W drodze po szczylka w pewnym monecie mieliśmy małe problemy z autem, na szczęście okazały się niegroźne i chwilkę później ruszyliśmy w dalszą drogę. Następnie podczas krótkiej przerwy zostawiłam portfel na stacji benzynowej (dzięki Bogu był to tylko zapasowy portfel na polskie pieniądze i nie było w nim żadnych dokumentów). W drodze powrotnej podjechałam zapytać o niego, ale ktoś go sobie przywłaszczył... Stary zniszczony portfel, ze starą legitymacją szkolną... Mam nadzieję, że się komuś przydał!
Na całe szczęście reszta drogi przeleciała już bez jakichkolwiek przeszkód i po 3 godzinach byliśmy na miejscu.
Na wejściu powitały nas mama mojego bąbelka wraz z jego ciocią. Obie radosne i zadowolone z odwiedzin. A kiedy już nacieszyłyśmy się dziewczynami czas było poznać maluchy. W miocie były 3 pieski. Najmniejszego (Amadeus'a) właściciele już zdążyli odebrać, więc nie było okazji nam się poznać. Także czekali na nas Atos i Aramis. Ruchliwe, podskakujące i podgryzające maluchy. Mimo, że bracia byli do siebie podobni udało mi się od razy rozpoznać mojego wybrańca. Pomizialiśmy chwilę dzieciaki i poszliśmy porozmawiać między dorosłymi :P
W hodowli popytałam o suszkę, zobaczyłam jej rodowód (o ojca pytać nie musiałam, gdyż zdążyłam poznać go osobiście wcześniej). Dowiedziałam się co nieco o hodowli z której pochodzi, o jej charakterze od szczeniaka itp. Następnie została podpisana umowa w dwóch egzemplarzach, z których jeden otrzymałam. Do tego dostałam książeczkę zdrowia z wpisanymi szczepieniami i odrobaczeniami, paszport (gdyż był mi potrzebny do wyjazdu za granicę z psiakiem) oraz kopię metryki urodzenia. Oryginał został wysłany do ZKwP w celu wyrobienia rodowodu eksportowego. Taki rodowód jest potrzebny kiedy planujemy wystawiać psa i rejestrować w związku poza granicami Polski. Rodowód ten nie był jeszcze gotowy więc zostanie mi dosłany pocztą, co mam zaznaczone w umowie.
Porozmawialiśmy jeszcze chwilkę o wszystkim i o niczym aż przyszła chwila pożegnania młodego z mamusią i całą hodowlą.
Psiak w pierwszej chwili był troszkę zaskoczony tym, że go gdzieś biorą samego, bez rodzeństwa,bez mamy, ale nie rozpaczał. Całą drogę powrotną grzecznie przesiedział na kolankach. Po przyjeździe do domu zaraz dostał michę, gdyż przed podróżą ominął go obiadek :) Na koniec pobawił się chwilkę i poszedł spać.
Co do pierwszych chwil w nowym domku to opowiemy o nich w następnym wpisie.



piątek, 13 stycznia 2017

A co jeśli...

Niedawno wróciłam z pracy i w sumie  powinnam iść spać bo jutro skoro świt ruszam na Polskę,  ale.... Ale już wiem, że szybko nie zasnę. 
W niedzielę odbieram swojego upragnionego malucha. Długo czekałam na ten moment,  a jeszcze dłużej marzyłam o tej chwili. Jednak z drugiej strony przyznaje się szczerze, iż jestem przerażona. Im bliżej odbioru szczeniaka tym większe lęki mnie dopadają: czy nie popełnienię jakiegoś błędu,  czy dobrze wychowam psiaka, czy na pewno wszystko przygotowałam. ..
Pewnie wielu właścicieli w tym momencie ma ochotę mi powiedzieć, że skoro takie rzeczy chodzą mi po głowie to może nie jestem gotowa na psa? Ja jednak myślę, że jest to troszkę inaczej.
Decyzję o kupnie psa podjęłam całkowicie świadomie.  Doskonale zdając sobie sprawę zarówno z przyjemności jak i problemów wynikających z posiadania psa. I myślę, że właśnie dlatego mam takie myśli.  Kiedy ktoś kupuje lub przygarnia psa pod wpływem impulsu, nie ma czasu zastanowić się nad trudnościami.  On działa tu i teraz patrząc w wierne , błyszczące psie oczy.  O problemie myśli dopiero w momencie kiedy on wystąpi.  Jednak ja miałam sporo czasu na przemyślenie wszystkiego.  Na przeanalizowanie możliwych problemów i wcześniejsze zastanowienie się nad rozwiązaniem.  Można by pomyśleć, że skoro tyle o tym wszystkim myślałam, to powinnam być w pełni przygotowana. Ale kupno psa to nie kupno nowej gry, z której mogę zrezygnować jeżeli poziom będzie zbyt trudny, lub użyć jakiegoś kodu... Pies jest żywą istotą, która reaguje na bodźce dochodzące z otoczenia. Wszystko z czym się spotyka (zarówno rzeczy pozytywne jak i negatywne) oddziałują na niego. Dlatego wiem, że może nie raz nie być łatwo i martwię się tym.   Nie stresuje mnie to, że psiak nie będzie idealny, ale że to ja mimo zdobytych informacji czy umiejętności popełnię jakiś błąd, który wpłynie na późniejszy charakter psa.
Myślę, że moje obawy można porównać do obaw kobiety czekającej na poród dziecka. Wie niby wszystko, ale i tak się boi czy na pewno wszystko będzie dobrze i czy sobie da radę.
I nie chce tutaj urazić niczyich uczuć  porównując psa do dziecka, jednak dla mnie pies jest członkiem rodziny niemniej ważnym od pozostałych.  I nikt nie musi się w tym stwierdzeniu ze mną zgadzać,  ważne by osoby ze mną obcujące na co dzień były w stanie to uszanować. 
Po prostu dobro psiaka jest dla mnie bardzo ważne i chcę by będąc u mnie było mu jak najlepiej.

Myślę,  że dobrze opisałam uczucia we mnie szalejące,  takie połączenie euforii i strachu. Na szczęście ja należę do ludzi odważnych i trzymam się pewnego kiedyś usłyszanego gdzieś zdania: "Nigdy nie pozwól, by strach przed działaniem wykluczył cię z gry".

To był chyba ostatni wpis przed odbiorem malucha. Następny będziemy pisać już w trójkę
Pozdrawiamy: Pati & Lucek

środa, 11 stycznia 2017

Przygotowujemy mieszkanie

    Wczoraj było o kupowaniu to dzisiaj o przygotowaniu mieszkania na przybycie ciekawskiego stworzenia.

    Ponieważ od odbioru szczeniaka dzieli mnie już tylko kilka dni oznacza to, że  przyszedł najwyższy czas na przygotowanie mieszkania. Trzeba w nim znaleźć miejsce na legowisko,  a w moim przypadku klatkę oraz zabezpieczyć wszystko to, co może być dla młodego  psiaka niebezpieczne.
Zaczęłam od miejsca do spania.
Moje mieszkanie ma 2 pokoje z czego jeden łączy się z otwartą kuchnią,  do tego mały przedpokój i łazienka.  Wiedziałam, że przedpokój i łazienka odpadają w przedbiegach jako potencjalne miejsce na legowisko, tak też przyszło wybrać któryś z pokoi.  W obu spędzam podobną ilość czasu. W sypialni nie tylko śpię, ale lubię nieraz podczas korzystania z laptopa ułożyć się na łóżku. Natomiast w salonie też lubię przesiadywać,  do tego łączy się on z kuchnią, w której się przecież gotuje. Także oba pomieszczenia byłyby dobre.  Klatka (legowisko) jest miejscem do spania, wypoczynku czy wyciszenia, jednak psy to zwierzęta towarzyskie i nawet odpoczywając lubią być blisko właścicieli. Postanowiłam, że wybiorę jednak salon. Z jednej strony dlatego, że kiedy ktoś mnie odwiedza to jednak siedzimy w salonie, ale głównym powodem było to, że w sypialni mam jasną wykładzinę dywanową i chciałabym by mi jeszcze trochę posłużyła. W końcu pies nie będzie w kółko zamknięty w tej klatce,  a na początku szczególnie, mogą mu się zdarzyć wpadki poza matą .

Ok. Czyli mamy wybrane pomieszczenie,  teraz jeszcze konkretne miejsce.  Oczywiście nie przemebluje z tego powodu całego mieszkania, bo nie o to chodzi by wszystko pod psa dopasować a samemu się męczyć później.  Trzeba znaleźć kompromis. U mnie akurat tak się fajnie złożyło, że pomiędzy częścią kuchenną a narożnikiem miałam trochę miejsca w którym stał stolik.  Stolik został przedstawiony na drugą stronę i powstała idealna wnęka na klatkę.  Klatka będzie stała blisko narożnika,  więc pies będzie miał wszystko na oku, ale jednocześnie będzie oddzielony od największego zamieszania.  Z tego miejsca będzie też świetnie widział kuchnię a także cześć przedpokoju. Myślę,  że nawet gdyby przyszło mi go kiedyś tam zamknąć to nie będzie czuł się odizolowany od wszystkich.
Zdjęcie zapożyczone ze strony: https://piesberek.pl/2013/04/04/klatka-dla-psa-w-domu-tak-czy-nie/

Klatka stanęła już w odpowiednim miejscu. Teraz trzeba ją umeblować bo przecież psina nie będzie spała na plastykowej podłodze. Dodatkowo klatkę kupiłam już w rozmiarze pasującym do wymiarów dorosłego psa wybranej przeze mnie rasy, dlatego dla szczeniaka jest ona na razie troszkę za duża.  W sumie od nadmiaru miejsca psiemu  dziecku nie byłoby mniej wygodnie,  jednak nie chcę by podczas zamknięcia rozdzielił  sobie klatkę na cześć sypialną i toaletę. Psy kiedy tylko są w stanie choć w minimalnym stopniu panować nad potrzebami fizjologicznych nie załatwiają się w miejscu w którym śpią. Pod tym też względem klatka zamykana na noc będzie super pomocą przy nauce siusiania na matę, czy też na zewnątrz. Pod warunkiem, że odpowiednio zagospodaruję w niej miejsce.  Oczywiście nie mówię tu o zamykaniu psiaka na całą noc bez przerwy.  Trzeba będzie kilka razy w ciągu nocy wstać i psiaka wyprowadzić,  ale jak to się mówi cel uświęca środki. Warto będzie poświęcić kilka nocy, na rzecz szybszej nauki załatwiania potrzeb na zewnątrz
Tak też trzeba było wykombinować czym tu podzielić klatkę i niestety do mojej nie była dołączona kratka specjalnie do tego celu przeznaczona  (do niektórych modeli klatek dodają właśnie taką część lub można ją dokupić ). Trzeba było porozglądać się po mieszkaniu i piwnicy, i w ten oto sposób znalazłam coś co idealnie się nadało do zmniejszenia powieszeni użytkowej klatki. Kiedy po przeprowadzce w Niemczech na swoje pierwsze mieszkanie nie miałam jeszcze łóżka, kupiłam sobie taki materac zrobiony z gąbki. Składa się on z 3 części, które po złożeniu tworzą taką jakby dużą pufę. Teraz jest bardzo rzadko używany, więc ubrałam materacyk  w starą poszewkę na kołdrę i władowałam do klatki. Żeby się nie przewracał dodatkowo przymocowałam go taką gumową linką z haczykami. Dzięki temu klatka zmniejszyła się o około 1/3.
Na koniec włożyłam do środka legowisko przykryte materiałową nieprzemakalną matą, ale to już zostało zmienione na zwykły kocyk. Choć kotu pierwotna wersja również bardzo odpowiadała :) Z resztą cały czas chętnie spędza czas w klatce.
Lucek zaaprobował takie mieszkanie.
Kiedy zabawa z klatką się już skończyła, przyszedł czas na zajęcie się resztą mieszkania. Od wczoraj szukam rzeczy i miejsc, które mogą być niebezpieczne dla psiaka lub tego co mógłby po prostu podczas zabawy zniszczyć. Wszystkie wystające kable pochowałam, lub pozastawiałam tak by nie miał bezpośredniego dostępu do nich. Wszelkie środki czystości, którym zdarzało się stać gdzieś na wierzchu pochowałam do szafek, oraz pozbierałam każdą mini-piłeczkę kota, którą psiak mógłby się udławić.
Ostatnim krokiem jest chodzenie na czworaka po domu. Gdyby mnie ktoś z zewnątrz zobaczył to by pomyślał, że odbiło jej do reszty :P ,ale prawda jest taka, że jest to najlepszy sposób żeby zobaczyć co mogłoby szczeniaka zainteresować. Często stojąc wiele rzeczy z parteru ucieka naszej uwadze i dopiero po spojrzeniu z perspektywy zwierzaka dostrzegamy ile ciekawych przedmiotów, można by ściągnąć, pogryźć czy zjeść. 

Niestety prze przybyciem szczeniaka został mi do rozwiązania jeszcze jeden problem, na rozwiązanie którego jeszcze nie mam pomysłu. A dokładnie chodzi o zabezpieczenie kuwety tak by psiak nie miał do niej dostępu, a jednocześnie by nie ograniczać go kotu...
Na szczęście mam jeszcze kilka dni by się z tym uporać ;)